Witaj Gość!   [ Logout ]    
Działalność Koła
Dane adresowe - kontakt
 Egzaminy na kartę wędkarską
Nasze finanse

Władze Koła
rozliczenie pracy Zarządu

 Zarząd I kadencji 2003-2005
 Zarząd II kadencji 2005-2009
 Zarząd III kadencji 2009-2013
 Zarząd IV kadencji 2013-2017

Użytkownicy
Witaj, Gość
Pseudonim
Hasło
(Zarejestruj się)
Członkostwo:
Ostatni: jaro_jga
Nowe dzisiaj: 0
Nowe wczoraj: 0
Wszystkie: 511

Na stronie:
Gości: 35
Użytkowników: 0
Razem: 35

Informacje i komunikaty
Wody górskie (info)
 Schemat Pilchowic

Nasi sponsorzy

















Kącik Wędkującej Młodzieży

Przyjaciele Grodzkiego

























Karkonoski Klub Wędkarski




Recenzje z zawodów
· Spinningowe Grand Prix Polski - Puchar Katowic
· Spinningowe Grand Prix Polski - Boleń Odry
· Spinningowe Grand Prix Polski - Sandacz Turawy
· Spinningowe Grand Prix Polski - Puchar Sanu

'Pięćdziesiątaki' nad Sanem
Wysłano dnia 24-03-2016 o godz. 23:39:33 przez jarekk

Na górskiej i nizinnej
Nadesłał: Marszal
Jesienią zeszłego roku miało miejsce pierwsze nasze spotkanie. Nazwaliśmy się „Klubem Pięćdziesiątaków” bo każdy z nas skończył półwiecze. Łączy nas też jedna pasja – wędkarstwo muchowe. Nie ma też dla Nas przeszkód, aby gdzieś w Polsce spędzić razem kilka dni przy wędkach i długich dyskusjach. Właśnie niedawno wróciłem z takiego zlotu.



Miejscem drugiego spotkania „Pięćdziesiątaków” był Zwierzyń nad Sanem, „Mekka” polskich muszkarzy. Zakwaterowanie mieliśmy w gospodarstwie agroturystycznym „Adamowo”. Gospodarze obyci z wędkarzami doskonale rozumieli nasze potrzeby przygotowując kwatery. Udostępnili nam całe, nie kolidujące z ich życiem prywatnym piętro pensjonatu, z trzema pokojami z pełnym wyposażeniem sanitarnym każdy, obszerną kuchnią i jadalnią. Do wiaty Vision, która najczęściej jest dla sanowych wędkarzy muchowych miejscem „wodowania” mieliśmy 8 minut jazdy samochodem.


Andrzej, Paweł, Grześ i Robert przyjechali do Zwierzynia już we wtorek wieczorem. Umówili się na wieczorne, wtorkowe spotkanie z Robertem Tobiaszem, strażnikiem odcinka specjalnego i osobą dysponującą możliwością sprzedaży licencji, że będzie nas odwiedzał i udostępniał zezwolenia na wędkowanie. Usłyszeli od Niego, że pracują dwie turbiny, odpływ wody ze zbiornika Myczkowce to blisko 60 m3/s i że woda jest zimna i nie do końca przejrzysta. Robert wyraził się delikatnie, że „miejscowi w takich warunkach nie łowią”. Wieści na sam początek były nie najlepsze. Jednak spotkanie nasze nie było determinowane wyłącznie łowieniem. Po październikowym pobycie w Karkonoszach postanowiliśmy, że niezależnie od pogody i warunków do wędkowania spotkamy się wiosną w pełnym składzie. Nawet planu „B” nie mięliśmy przygotowanego na wypadek bardzo złych warunków. Ponieważ obowiązki zawodowe nie pozwoliły mi uczestniczyć w spotkaniu od początku, dojechałem zgodnie z ustaleniami w czwartek po południu. Wieści z wędkowania w środę i czwartek były całkiem dobre. Pomimo mocno trąconej wody i jej wysokiego stanu brania były i pstrągi meldowały się w przyzwoitych ilościach i rozmiarach na końcach zestawów. Poza tym cała rzeka wolna, tylko Oni i San. Ustawieni bardzo selektywnie na pstrągi, w pierwszych dwóch dniach Koledzy nie zaliczyli ani jednego lipienia. Z resztą przez kolejne dni również tych ryb nie łowiliśmy.



Wieczorna kolacja już w komplecie smakowała wybornie. Paweł przywiózł z domu ugotowany przez Jego żonę bogracz, gulasz z ziemniakami, papryką i pomidorami, wzbogacony kluseczkami. Taki „przegryziony” przez dwa dni smakował wybornie. Robert namówił swoją małżonkę na zrobienie dla nas kilkudziesięciu pierogów, których również skosztowałem po niezwykle trudnej jego batalii w celu utrzymania chociaż kilku sztuk dla mnie przez te dwa dni ich pobytu. Wilcze, wygłodniałe i łaknące tego delikatesu żołądki Pawła, Andrzeja i Grzesia zadania mu nie ułatwiały. Ja przywiozłem domowe pyzy, które okraszone skwarkami z boczku wciągnęliśmy ze smakiem. Oczywiście i szlachetne trunki znalazły swoje zaszczytne miejsce na stołach i w naszych przełykach. Te ostatnie z umiarem, aby nie popsuć dnia następnego poprzez unicestwienie możliwości swobodnego i niczym nie zakłócanego delektowania się łowieniem pstrągów. Było już grubo po północy, kiedy kładliśmy się do łóżek.

Niewiele po godzinie 6 Andrzej zaczął tłuc się garami w kuchni. Zupełnie bez powodu potrzebował chłop gorącej kawy. Jak już stanął na nogi, postanowił uraczyć nas śniadaniem. Wymyślił grzanki na maśle ustrojone na górze porządnymi dwoma jajami sadzonymi. Wyciągał nas po kolei z łóżek (jednocześnie dało się przygotować śniadanie dla jednego) i nagradzał za dzielność rannego wstawania obfitą porcją śniadaniową. Około dziewiątej byliśmy nakarmieni, wybudzeni, wypełnieni kawą i chęcią wędkowania. Pozostawała jednak jeszcze jedna trudna czynność, trzeba było wbić się w wędkarskie ciuchy, gacie i buty do brodzenia. Uwierzcie, że po takim śniadaniu nie jest to wcale takie łatwe. Tuż przed dziesiątą wszyscy zameldowaliśmy się w odpowiednich strojach i z odpowiednim wyposażeniem przy samochodach. Zatem w drogę nad wodę. Dojazd do wiaty Vision zajął niespełna dziesięć minut. Pierwszy rzut oka na San nie napawał optymizmem. Dwie turbiny wtłaczały w rzekę naprawdę dużo wody. Zwiastowało to trudności w brodzeniu i utrzymaniu równowagi, o czym z resztą poświadczali koledzy, którzy dwa poprzednie dni łowili i zmagali się z przeciwnościami wartkiego nurtu. Paweł i Robert szli na całość. Odważnie forsowali bystrze przy wiacie i po dojściu do wyspy spokojnie mieli piękny kawałek rzeki tylko dla siebie. Andrzej, jako kontuzjowany nie wchodził do wody, trzymając się miejsc umożliwiających łowienie z brzegu, zupełnie z dobrym skutkiem. Grzegorz znikał gdzieś nad rzeką na kilka godzin aby po powrocie na pytanie: „jak połowiłeś ?” odpowiadać: „średnio” i zaprezentować na wyświetlaczu swojego aparatu cyfrowego piękne „kropki”, w tym również czterdziestaki.
Pierwszy dzień swojego pobytu łowiłem raczej z brzegu, obawiając się silnego nurtu. Brania były, ładne targnięcia również jednak do podbieraka nie trafił żaden konkretny pstrąg. Królem polowania każdego dnia zostawał Paweł, łowiąc po kilka ładnych, podkarpackich pstrągów. Nie ustępował mu Grzegorz, epatując swoją skromnością i fotografiami, po obejrzeniu których szczęki nam leciały na trawę. Rober walczył dzielnie w okolicach wyspy, konsekwentnie czesząc wodę streamerami i notując co i raz jakieś brania, jednak ryby często się spinały. Piątek minął błyskawicznie i późnym popołudniem zjechaliśmy na kwaterę. Rozbroić się z tego wyposażenia brodzącego wędkarza też nie jest łatwo, tym bardziej że zmęczenie dawało swoje oznaki. Po około godzinie wszyscy byliśmy już po prysznicu, sprzęt zabezpieczony, gacie do brodzenia rozwieszone. Można było myśleć o obiadokolacji i menu na wieczór. Gorący posiłek, okraszony w niewielkiej ilości napitkami i długie wędkarzy rozmowy towarzyszyły nam do północy. Rozchodziliśmy się spać mentalnie gotowi do sobotnich połowów.



Oczywiście chwilę po szóstej ktoś zaczął tłuc się garami. W ciemno można było wyrokować, że to Andrzej. Twardy z Niego chłop, i dobry jednocześnie bo i kawę przygotował i o śniadanku pomyślał. Tym razem zadowoliliśmy się kanapeczkami. Spokojnie i z dostojnością dobrnęliśmy przy śniadanku do dziewiątej. Teraz ciuchy, gacie, buty, sprzęt i „do wozów”. Woda taka sama, pogoda znośna, nad rzeką tylko My. Tego dnia postanowiłem i ja brodzić w nurcie i łowić z wody. Grześ oczywiście gdzieś zniknął. Paweł wyposażony w kijek do brodzenia zachwalał jego zalety. O wartości takiego wyposażenia przekonałem się, korzystając z brzozowego kostura jako podparcia, w czasie przekraczania silnego nurtu. Uwierzcie, że to naprawdę świetny pomysł. Powiedziałem sobie, że po powrocie kupię sobie taki porządny, wieloczęściowy, składany i zawsze nad San lub inną dużą rzekę będę go zabierał.
Łowienie z wody było jednak bardziej skuteczne. Na nimfę, a konkretnie kiełża otrzymanego od Pawła dość szybko zapiąłem ładnego pstrąga. Po pewnym czasie zaniku brań przezbroiłem zestaw na streamerowy i na czarną pijawkę wziął ładny kropkowaniec. Koledzy również łowili sporo. Oczywiście królem dnia został nie kto inny jak Paweł łowiąc osiem pstrągów. My z naszymi wynikami byliśmy zadowoleni, jednak do Pawła trochę nam zabrakło. Zmęczeni i trochę zmarznięci, po piętnastej odtrąbiliśmy powrót do bazy.    

 

Gulasz wołowy na czerwonym winie to hit tego popołudnia. Potrawa przygotowana przeze mnie poprzedniego wieczoru nabrała dojrzałości i smaku. Mocno podgrzany z chlebkiem posmarowanym masełkiem smakował doskonale i nasycił nas całkowicie. Potem kawa, inne trunki i długie wędkarzy rozmowy.
Posiłkom i dyskusjom towarzyszyły posiadane przez nas kołowrotki i wędki muchowe. Czasami zdarzało się tak, że właśnie kołowrotki zajmowały na stole więcej miejsca niż talerze. Dobrze oddawało to nastrój spotkania.


Wspólne dni minęły szybko. Niedzielnej pobudce towarzyszyły oczywiście dźwięki garów. Sprawca – oczywiście Andrzej. Ale zapach kawy powoli wyciągał nas spod kołder. Oczywiście śniadanie i przygotowanie do wyjazdu to podstawowe czynności niedzielnego poranka. Przed nami było sporo kilometrów do przejechania. Paweł i Grześ mieli do Poznania ponad 700. Ja niewiele mniej, bo 630. Andrzej na Śląsk tylko 300 a Robert do Lublina – szkoda nawet wspominać, tylko 200. Po dziewiątej wyjechali Wielkopolanie, po nich Ślązak. Ja i Robert ruszyliśmy w drogę koło dziesiątej. Po południu zaczęły się na naszym prywatnym kanale informacyjnym meldunki o przybyciu do bazy.

Kolejne spotkanie „Pięćdziesiątaków” przeszło do historii. Pozostało wiele wspomnień, trochę zdjęć i deklaracja, że następne już niebawem, może nawet w maju. Andrzej zachęca do przyjazdu nad Dunajec, zachwalając piękne widoki rzeki płynącej pod Trzema Koronami i piękne pstrągi. Koledzy myślą również o Bobrze, ale to bardziej jesienią. Październikowe spotkanie zostawiło dużo dobrych wrażeń. Może letnia Łupawa? Też ciekawa rzeka. Miejsc godnych odwiedzenia jest wiele a my w zasadzie akceptujemy każde, byle razem. Pewnie niebawem zaczniemy planować trzecie spotkanie „Pięćdziesiataków” na naszym kanale informacyjnym. Pewnie już niedługo zapadną pierwsze decyzję. Ciekawe gdzie tym razem zaprowadzą nas nasze wędkarskie ścieżki?


Mariusz Szalej „Marszal”


 
Pokrewne linki
· Więcej o Na górskiej i nizinnej
· Napisane przez jarekk


Najczęściej czytany artykuł o Na górskiej i nizinnej:
O mało nie zginął w pilchowickim mule ..AKTUALIZACJA


Oceny artykułu
Wynik głosowania: 5
Głosów: 2


Poświęć chwilę i oceń ten artykuł:

Wyśmienity
Bardzo dobry
Dobry
Przyzwoity
Zły


Opcje

 Strona gotowa do druku Strona gotowa do druku


Pokrewne tematy

Informacje i komunikaty

"'Pięćdziesiątaki' nad Sanem" | Logowanie/Założenie konta | 1 komentarz | _SEARCHDIS
Komentarze są własnością ich twórców. Nie ponosimy odpowiedzialności za ich treść.

Komentowanie niedozwolone dla anonimowego użytkownika, proszę się zarejestrować

Re: 'Pięćdziesiątaki' nad Sanem (Wynik: 1)
przez Majka dnia 04-06-2016 o godz. 19:50:34
(Informacje o użytkowniku | Wyślij wiadomość)
Takie spotkania zawsze są rewelacyjne. Oby było coraz więcej takich okazji.




Serwis działa od: 21.04.2003 r.

red. Jarek Krempa

Wszelkie prawa zastrzeżone

PHP-Nuke Copyright © 2005 by Francisco Burzi. This is free software, and you may redistribute it under the GPL. PHP-Nuke comes with absolutely no warranty, for details, see the license.
Tworzenie strony: 0.05 sekund